Powroty w chwale.

Nie było mnie tu pół roku. Kto by pomyślał, czas leci niezwykle szybko. Siedzisz sobie na plaży w Malibu z choinką obok ręcznika, a tu nagle pach! – afrykańskie upały docierają do Polski i znów mamy popieprzone lato, w którym susza przeplata się z powodziami.

Nie było mnie z kilku powodów – przede wszystkim dlatego, że byłam zajęta remontem mieszkania, które dość niespodziewanie kupiłam w lutym. Dzięki Jah za architektów. Nie mam pojęcia co bym bez nich zrobiła. Mam obłędnego architekta, pana Xaviera, Hiszpana. Sam widok tego człowieka wprawia mnie w błogostan. Dobrze ubrany, świetnie pachnie, mówi genialną brytyjszczyzną. Urządzić 130 metrów w nieszablonowy sposób to wyczyn. A jednak – udało mu się. Mam swój azyl, do którego uciekam przed światem. 30 pięter ponad chodnikami. Śmiałam się dobierając płytki, bibeloty, meble, lampy. Pomyślałam, że na każdej z tych rzeczy powinnam zamieścić zawieszkę jednego z „darczyńców”, dzięki którym moje życie jest tak zajebiste.

Lampa za 13 000 zł? Zawieszka – pan B., upojny weekend w Pradze, seks w miejscach publicznych.
Komoda wykonana na zamówienie za 9 000 zł? Zawieszka – pani S., kilka wspaniałych spotkań, podczas których byłam jej masochistyczną suką skłonną zrobić wszystko, czego tylko zapragnie.
Wolnostojąca projektancka wanna za 22 000? Zawieszka – państwo W., wspaniałe weekendy pełne złotego deszczu i zabaw wszelkimi możliwymi odmianami wibratorów.

I tak dalej, i tak dalej. Jestem próżna do tego stopnia, że bawi mnie to, gdy przechadzam się teraz na boso po moim parkiecie z drewna iroko. Jestem z tego dumna, napawa mnie to radością.

Dzisiaj ostatnia wizyta pani aranżującej moje wnętrza. Wracam, kochani. Mam nadzieję, że brakowało wam mnie,

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.