Kogo właściwie szukają faceci, których spotykam?

Psycholożka ze słodką cipką – oto jak widzą mnie moi klienci, jak Wy widzicie mnie najczęściej. Nie dziwcie się – to bardzo popularne podejście wśród dzisiejszych facetów. Za swoje pieniądze nie kupujecie wymuskanej kurtyzany, a coś o wiele cenniejszego – czas i zrozumienie, którego na co dzień wam brak.

Spotkałam się dziś ze stałym klientem. Było uroczo – kolacja przy świecach w wykwintnej restauracji, standardowo on rozkazujący, bym przed deserem ściągnęła majtki i podała mu pod stołem, znakomite wino, 5-gwiazdkowy hotel, duże łóżko z czystą pościelą i wanna z jacuzzie, w której oboje delektowaliśmy się namiętnym, 15-minutowym seksem. Spotkanie trwało 4 godziny, jego kutas był we mnie przez kwadrans. „Łatwo zarobiony 1000 zł” – powie zdecydowana większość z Was.

Lecz tym, którzy w ten sposób ocenią opisaną krótko sytuację powiem: nie macie pojęcia, z jak delikatną materią mam podczas takich wieczorów do czynienia. Zaczyna się niewinnie, tuż po przystawce.

- Jak minął ci dzień? Bo mi strasznie. Jesteśmy tuż przed tą wielką cesją, o której opowiadałem ci ostatnio. Szlag, fajnie jest stać na czele takiej firmy, patrzeć jak się rozwija, rozrasta, jak jej macki obejmują kolejne podupadające zakłady i robią z nich coś pięknego. Ale ten stres i ta presja…

Od tego się zwykle zaczyna. Od pracy. Czasem od pogody, jeśli faktycznie doświadczamy styczniowej burzy czy 18 stopni i słońca w środku zimy. To nie są czcze rozmowy. Oni potrzebują porozmawiać o tym z kimś, kto nie będzie ich oceniał, lecz będzie ich wspierał. Kto nie rzuci im pustego frazesu pt.: „och, kochanie, poradzisz sobie, nie bądź takim pesymistą”. Mężczyźni, którzy mają mój numer telefonu i z niego korzystają poszukują przede wszystkim położnej ich umęczonej stresem i codziennością głowy, akuszerki lęków i obaw, psychologa i terapeuty w jednym, a to wszystko z miękką, ogoloną, zadbaną, wilgotną cipką na wyciągnięcie ręki. Bo przecież – co udowodnił już przed II Wojną Światową poczciwy dziadek Freud – wszystko łączy się z seksem.

Seks to emanowanie emocjami, wyrzucanie ich z siebie, ich łączenie, przenikanie, ewolucja. Cipka to tylko pretekst. Tak naprawdę chcą po prostu wiedzieć, chcą zapewnić samego siebie – dla ich psychicznego zdrowia – że są w stanie pójść do łóżka z kobietą poza ich ligą i dać jej rozkosz. O wiele częściej to oni sięgają językiem między moje uda niż ja zaciskam wargi na ich kutasie. O wiele częściej to oni wylewają siódme poty chcąc dać mi wielokrotny orgazm niż kładą się na plecach, zakładają ręce za głowę i każą się ujeżdżać. Bardzo podoba mi się takie podejście, choć wielokrotnie jest zupełnie nieświadome. Sądzą, że spotykają się ze mną, bo brakuje im seksu przy domowym ognisku. Tymczasem prawda jest zgoła inna – brak im człowieczeństwa w najbliższym otoczeniu. Ich małżonki już dawno zapomniały jak kusi się mężczyznę i jakim funem jest zabawa seksem. Nie mają na to czasu, ochoty, rutyna zabiła wszystko.

Ja widzę w tych mężczyznach nieoszlifowane diamenty. Większość z nich ma naprawdę wielkie chuje, potrafi zaspokoić kobietę na milion sposobów, całować jak bogowie, dotykać jak mistrzowie masażu tantrycznego i sprawiać, że od ich szeptów soki ciekną mi po udach. Kocham ich wszystkich. Nie, jasna cholera, nie z powodu gotówki, którą skrzętnie chomikuję na koncie bankowym. Nie, absolutnie nie. Kocham ich, bo są ze mną absolutnie szczerzy, otwarci, są spełnieniem swojego JA idealnego. Takimi ich widzę. I kocham te ich wyprasowane przez żonki kołnierzyki, ostrzyżone przez fryzjera włosy, zadbane dłonie, wypachnione ciało ćwiczone kilka razy w tygodniu na siłowni. To dość ciekawy fakt – mężczyźni, z którymi się spotykam, chcą mi zaimponować. Są kwintesencją męskości. W różnych wydaniach, w różnych ujęciach, lecz są tym trzonem, którym męskość się określa.

A tym wszystkim żonom, które dzwonią w trakcie naszych spotkań i słyszą, że panowie są na siłowni, na kolacji biznesowej, w barze z kumplami (których za sekundę obdzwaniają i informują o tym, że w razie czego stają się właśnie „dupokrywkami”) powiem jedno: nie musicie wierzyć swoim mężom. Ale nie zdradzajcie się z tym. Ja składam ich do kupy, sklejam, łatam. A wy po prostu delektujcie się rezultatem, tak, jak delektujecie się nową fryzurą po wyjściu od fryzjera. Bo to, za co wasi mężowie płacą, to najtańsza terapia partnerska, którą wasi panowie stosują z myślą przede wszystkim o WAS.