Kołysząc w ramionach cudze lęki

Każdy człowiek, który w taki czy inny sposób pośredniczy w rynku sprzedażowym wie, że klientowi nie sprzedaje się usługi czy produktu. Sprzedaje się ideę: bycia piękniejszym, bardziej zrelaksowanym, bogatszym, zadbanym etc. Produkt to tylko kij, marchewką jest efekt, który za jego pośrednictwem się osiąga. W przypadku usług jednak kluczem jest sam proces sprzedaży – sprzedawca, by osiągnąć pożądany przez klienta efekt, musi być przede wszystkim psychologiem, dobrym słuchaczem i rozmówcą. Na co kobiecie nowa fryzura, skoro fryzjerka ma skrzywioną minę, w salonie nie jest pachnąco i schludnie, a do tego cena – jaka by nie była – wydaje się za droga? Nie inaczej jest w mojej profesji. Dlatego kurwa jest przede wszystkim powiernikiem. Dopiero później wypina dupę.

Spotkałam się w tym tygodniu ze swoim stałym klientem. Uwielbiam człowieka – karmi mnie swoim intelektem podczas każdej chwili spotkania i jestem pewna, że gdyby nie był moim klientem – bylibyśmy kochankami. Wysoki, szatyn, przed 40stką, pachnący D&G, ze stylowym zegarkiem na skórzanym pasku, w garniturze od Armaniego i butach Gucciego, zadbane dłonie po manicurze, trzydniowy zarost. Singiel, bez dzieci, bez żony, bez związków. Poza związkiem z pracą. Spotykamy się, gdy jest przejazdem w moim mieście.

Przyjechał po mnie we wtorek wieczorem. Poinformował mnie, jak mam się ubrać, kazał mi spakować rzeczy na 3 dni. A zatem we wtorek, po wizycie u kosmetyczki i u fryzjera, ubrałam samonośne pończochy, koronkowy pas do pończoch, koronkowy, delikatny staniczek, na to narzuciłam swój burgundowy płaszcz. Na stopach pojawiły się moje ukochane Manolo Blahniki, prezent urodzinowy od… hmm… umownie nazwijmy Go Panem w Delegacji.

Punktualnie o 20.00 wsiadłam do limuzyny, którą zajechał pod moje mieszkanie. We wnętrzu samochodu zmieszały się nasze perfumy – Jego męskie, z intensywną nutą piżma, i moje – diabelnie słodkie, ukochane, które mogłabym nosić całe życie jako drugą skórę. Na dzień dobry wplótł mi seksownie dłoń we włosy, przyciągnął do siebie władczo i namiętnie pocałował. Uśmiechnął się, kazał mi rozpiąć płaszcz, włączył Koncert Fortepianowy a-moll, op. 16 Edwarda Griega. Po mojej skórze przebiegł przyjemny dreszcz. Uwielbiam ten koncert, jego dźwięki sprawiają mi nieopisaną przyjemność, w ich takt wypływam na wody zupełnie innej rzeczywistości. – Zabieram Cię do Berlina, jeśli nie masz nic przeciwko – powiedział z uśmiechem wyjeżdżając za rogatki miasta tonem, który nie znosi sprzeciwu. Głos miał łagodny, ale wiedziałam, że nie mam nic do powiedzenia. Dlatego tak Go lubię – doskonale wie, że choćby rzucił najbardziej idiotycznym pomysłem – zgodziłabym się. Wie, jak zadbać o kobietę.

Gdy wyjechaliśmy na autostradę chwycił mnie za udo, delikatnie przesuwał ręką w górę, lecz nie musnął nawet mojej cipki. Zwiedzał każdy milimetr koronek, cieszył się moim posłuszeństwem, wdychał zapach mojego podniecenia. Nie odzywał się do mnie przez całą, piekielnie długą podróż. Karmił mnie za to moją ukochaną muzyką – walcem e-moll nr. 14 Chopina, I Rapsodią Węgierską E-dur Liszta, Rachmaninovem, Czajkowskim, Paganinim.

Przyjechaliśmy do hotelu, weszliśmy do pokoju, zamówił kolację i butelkę szampana. Kazał mi zdjąć płaszcz i usiąść na sofie naprzeciw łóżka. Szampan i kolacja przyjechała. Lekka, pora była już późna. Jedząc i popijając szampana zaczęliśmy rozmawiać.

Wkładał w moje dłonie swoje problemy osobiste – niewypłacalnych klientów, problemy z kadrą w firmie, siwe włosy na głowie, głupotę kobiet, które spotyka na co dzień, sztuczność inteligentnych, z którymi ma do czynienia, lęki, które pojawiają się gdy zasypia sam i śni mu się samotna starość. Wszystko, co tylko Go toczy, co tylko Nim szarga. Bez żadnych tematów tabu. Łącznie z tym, że boi się iść do lekarza z guzkiem, który ostatnio dostrzegł u nasady swojego kutasa.

Zapaliliśmy cygaro i siedzieliśmy tak, rozmawiając, pijąc i paląc, do bladego świtu. Po 9 poszliśmy na basen, gdy wróciliśmy – zrobił ciepłą kąpiel, wymasował mi plecy i umył. Zaniósł na rękach do łóżka, tulił do snu, całował moje plecy i odgarniając włosy z mojego karku szeptał, że cieszy się, że znowu ma mnie w swoich ramionach.

Tak wyglądały trzy nasze dni. Ostatniego wieczoru zabrał mnie na zakupy. Dostałam przecudną, gustowną suknię od Chanel. Założyłam ją na kolację. Wyszliśmy do znakomitej, włoskiej restauracji. Gdy karmił mnie szparagami patrzyłam mu głęboko w oczy i sugestywnie, powoli zamykałam usta. Widziałam, jak Go to rozpala. Byliśmy w połowie kolacji, wiedziałam, że nie wyjdziemy stąd natychmiast, że wyczeka do końca.

Trzymał fason. Wróciliśmy do hotelu. W windzie klęknęłam, rozpięłam mu rozporek. Chwycił mnie za włosy i rżnął moje gardło. Dławiłam się jego kutasem, ślina spływała mi na dekolt i na suknię. Jęczał cicho patrząc na mnie z góry. Gdy zatrzymaliśmy się na naszym piętrze – chwycił mnie pod ramię i zaciągnął do pokoju. Zamknął drzwi, rzucił na łóżko, związał i zerżnął jak rasową sukę. Zawładnął mną. Gdy splunął mi w twarz – oblizałam usta z hedonistycznym uśmiechem. Lubię tę zabawę, On także. Spoliczkował mnie. Raz, drugi, trzeci. Po czym wyszedł ze mnie i skończył na mojej twarzy.

Opadł obok mnie bez sił. Odwrócił się na bok i patrzył na mnie pieszcząc moją rozpaloną cipkę dłonią. - Uwielbiam, gdy daję ci ból i rozkosz jednocześnie. Jesteś taką wdzięczną małą szmatą – uśmiechnął się. – Mógłbym poprosić cię o rękę, gdyby nie to, że wiem, że nie wystarczy ci jeden kutas, a ja nie lubię się dzielić. Mam wrażenie, że rozumiesz mnie jak nikt inny.

Nie chciałam mu mówić, że nie miałoby to kompletnie żadnego sensu, bo jako partnerka zapewne nie byłabym tak dobrą słuchaczką. Nie dałabym zrzucić sobie na barki całego gówna tego świata, nie mam zamiaru być niczyim kwiatkiem do kożucha. Jestem niezależna i dobrze mi z tym. Poza tym – przecież mam faceta.

A właśnie! Facet. Mam, posiadam. Ma na imię M. Nie mieszkamy razem, co wiele ułatwia. M. zarabia kasę, powoli przejmuje od ojca firmę, buduje naszą świetlaną przyszłość. Oczywiście nie ma najbledszego pojęcia co robię po godzinach standardowej, codziennej pracy. Ale lubi, gdy jestem dobrze ubrana, zadbana, gdy widzi nową bieliznę, którą ze mnie zrywa. Jest czuły, delikatny, opanowany, trzeźwo patrzy na świat. Nie zaakceptowałby mojej pracy, bo i dlaczego miałby? Nie dbam jednak o to. Seks to przecież tylko sport. Miłość jest jedna – a ja kocham M.

Jak na tureckim targu, czyli jak zepsuć cały nastrój

Uwielbiam swobodnych ludzi. Ok, zamykamy za sobą drzwi hotelowego pokoju, Twojego mieszkania, samochodu, miejsca, w którym jesteśmy sami i bawimy się: konwencją, słowem, dotykiem, pieszczotami. Czasem robisz ze mnie uległą sukę, sprawiasz, że moje pośladki oblewają się purpurą po solidnej chłoście, prowadzasz na smyczy i rżniesz mnie w gardło. Czasem potrzebujesz delikatnego, zmysłowego seksu. Pozwalam Ci na wiele. Nie znoszę jednak dwóch rzeczy: niedotrzymania wcześniej zawartych umów i targowania się o moje ciało.

Kilka tygodni temu zaczęłam spotykać się z nowym mężczyzną. Około czterdziestki, łysawy, z brzuszkiem, niezbyt zamożny, sympatyczny i inteligentny, choć z tak wysoko zadartym nosem, że powodował u mnie zaniżenie samooceny co najmniej o połowę. Dziwny człowiek.

Za pierwszym razem spotkaliśmy się w niezbyt klasowym hotelu. Nieco obskurne miejsce, przypominające akademik, małe pokoiki doskonale pamiętające zjazdy PZPR i pijackie imprezy członków partii. Małe, jednoosobowe łóżko. Przytłaczające miejsce.

Po 2 minutach od zamknięcia drzwi, bez żadnych ceregieli, byłam już naga. Weszliśmy do łóżka. Ledwo mnie dotknął, a już chciał pakować się do mojego wnętrza. Ale cóż – zadaniem dziwki nie jest przecież narzekanie, tylko spełnianie fantazji. Ochoczo więc rozłożyłam uda, sugestywnie poruszałam biodrami i zachęcałam go by wszedł w moje wnętrze jak nóż w masło. W ostatniej chwili zobaczyłam, że…

- Hola hola, dlaczego nie masz gumki? – zapytałam zadziornie zginając nogę i opierając kolano o jego tors tak, że nie mógł we mnie wejść.
- Oj tam, przecież będę uważał… – zaczął skomleć.
Zabiłam go wzrokiem.
- No coś ty… – kontynuował skomlenie patrząc mi w oczy wzrokiem spaniela stojącego na deszczu. – Będę bardzo ostrożny, dobrze? Kochanie, słoneczko, kwiatuszku…
Przez ostatnich kilka sekund słuchania tego słodkiego pierdzenia i jęczenia niczym dziewica wbijana na pal moja pizda wyschła na wiór. Bo to, czego nienawidzę, na co mam alergię na dupie, to jęczenie. I zmiana wcześniejszych ustaleń.

A ustalenia zawsze są jasne. Trzy z nich są niezmienne:
1. Pieniądze zawsze na początku spotkania.
2. Seks tylko w gumce.
3. Gumki kupuje klient.
Skąd trzeci punkt, zapytacie? Ano stąd, że wielu facetów ma uczulenie na ten czy tamten składnik, wiedzą jakiego mają kutasa i w jakiej gumie czują się najlepiej. Więc zostawiam im ten radosny obowiązek. Ja biorę tabletki, oni mogą zakładać do pracy kalosze. Ot i cała filozofia.

Wracając do skomlącego nieszczęśnika.

Zakłada gumę. Spluwam na rękę, masuję cipkę, nawilżam, rozluźniam. Zerżnął mnie, było przyjemnie, nie powiem, że nie. Miał dużego fiuta, wypełniał mnie całą, a ja podpompowałam jego ego jeszcze bardziej jęcząc jakby mnie rżnęło stado King Kongów, choć de facto wyszłam z hotelu niezaspokojona i musiałam wstąpić po drodze do domu do stałego kochanka.

Gdy Pan Przerost-Formy-Nad-Treścią skończył, spuścił się w gumkę, zdjął ją, skrzętnie zapakował w chusteczkę i schował do kieszeni (coby obsługa się nie domyśliła co robi facet z kobietą wynajmując pokój na całą noc a spędzając tam godzinę) i ubrał się – usiadł majestatycznie na łóżku i wyciągnął sfatygowany portfel.

- Może bym ci zapłacił, hmm?
No tak. Nienawidzę, gdy tak się ze mną drażnią. Ale dobrze, gnoju, zagram w tę twoją grę. Niektórzy lubią, gdy pieniądze, które mi płacą, traktowane są z namaszczeniem, a kurwa prosi się o nie jak psiak o jedzenie.
Opadam więc w pończochach i pasie do pończoch na tę wykładzinę, która niby wygląda na czystą, ale mam do niej koszmarne obrzydzenie. Na czworaka, kusząco poruszając biodrami i patrząc mu prosto w oczy podchodzę blisko. Zastygam, gdy moja głowa jest między jego udami. Unoszę ją nieco, uśmiecham się kącikiem ust i wciąż patrząc mu w oczy rozchylam wargi. Wiem, że faceci to lubią. To takie brudne, tak uwłaczające. Czasem lubią mnie właśnie tym gestem dobić.
Uśmiecha się. Wyciąga pięćdziesiątki z portfela i przelicza.
- To co? 200? – pyta całkiem poważnie.
Kurwica mnie trafia. Ale trzymam fason.
- Dlaczego 200? Umawialiśmy się na 400. Nie podobało ci się jak obciągam? – pytam zalotnie, choć mam ochotę wstać i strzelić mu w ryj.
Uśmiecha się. Patrzy mi w oczy, zastyga w bezruchu na kilka sekund. W końcu wyciąga jeszcze cztery pięćdziesiątki, składa banknoty na pół i powolnym ruchem wsuwa mi między zęby. Przygryzam, uśmiecham się, wstaję, wyciągam je z zębów i wrzucam niedbale do torby.

Już więcej się nie spotkamy. On tego jeszcze nie wie, ale w moim zawodzie, gdy jest się freelancerem, ma się przywilej wybierania sobie klientów. Czym innym jest korzystanie z usług kurwy, a czym innym traktowanie jej jak szmaty. Dlatego pan już za 2 tygodnie spotka się z tańszą, starszą, brzydszą, która nie będzie narzekać na stówę za godzinę. A ja, gdy tydzień później będę spacerować po starym mieście i minę go wraz z jego kolegami, ostentacyjnie wpakuję język po migdałki mojemu facetowi, który złapie mnie tak czule i seksownie za pośladki, że mojemu byłemu klientowi stanie na sam widok.

Ach, no tak. Mam partnera. Nie wspominałam?